Moja pierwsza polska winiarska impreza, na którą pojechałam. Babski wyjazd 8 miłośniczek wina, więc dodatkowo bardzo wesoły. W zasadzie nie wiedziałam czego się spodziewać, nie miałam żadnego porównania, więc chłonęłam wszystko z wielkim entuzjazmem. Kilka rzeczy mi się nie podobało – impreza była płatna, trzeba było kupić bilet na zamek w Janowcu, ale bilet oprócz wejścia na zamek, do niczego nie uprawniał. Każda porcja wina była płatna oddzielnie u każdego z winiarzy. Organizator nie zapewnił dostępu do wody – ani żeby się napić, ani aby przepłukać kieliszek. Oprócz możliwości zakupu lokalnych serów nie było niczego do jedzenia – żeby coś zjeść, trzeba było wyjść poza strefę, z drugiej strony zamku. Ale na wszystko przymknęłam oko, bo bardzo mi się podobało to doświadczenie! Przede wszystkim – możliwość porozmawiania z każdym winiarzem. A rozmawiać to ja lubię. I właśnie te rozmowy okazały się najcenniejsze. To one powodują, że wchodząc w relację z winiarzem chcę pić jego wino, odwiedzić jego winnicę i poznać jego historię. Winnic było kilkanaście, spróbowałam 23 win. Z każdym winiarzem zamieniłam kilka zdań. Ale najbardziej urzekli mnie trzej panowie i to ich winnice postanowiłam odwiedzić przy nadarzającej się okazji.
Michał Giermasiński (Winnica Giermasińskich) – szalenie sympatyczny człowiek. Jego winnica trafiła na pierwsze miejsce na mojej liście „Tu chcę pojechać!” Przyciągnął mnie swoją historią i życzliwością. Od pierwszego zdania bardzo go polubiłam.
Maciej Mickiewicz (Winnica Mickiewicz) – smak win, historia kaloszy i poczucie humoru sprawiły, że bardzo mnie zaintrygował. Wydał mi się największym winiarzem na tej imprezie.
Grzegorz Dymek (Winnica Dymek) – młodziutki, początkujący winiarz, to był dopiero drugi rocznik jego wina, ale już medalowego. A opowiadał z taką pasją, uśmiechem i serdecznością, że gdyby nie to, że gonił nas czas, mogłabym z nim gadać jeszcze bardzo długo. Dziewczyny siłą mnie odciągały. Bardzo będę mu kibicować i śledzić jego winne poczynania.







