Podobno to ulubione wino Polaków. Mówi się, że jak nie wiesz, które wino kupić w prezencie, to kup Primitivo, bo jest gwarancją bezpiecznego wyboru: mocno owocowe, pełne, wyraziste, soczyste, pełne dżemowej słodyczy, wręcz czekoladowe. Włosi je kochają.
Primo czyli pierwszy. Primarivus znaczy wcześnie dojrzewa. Szczep Primitivo dojrzewa jako pierwszy – jego zbiory zaczynają się już w sierpniu.
Podróżując po Apuli, czyli południowym regionie Włoch, zupełnym przypadkiem trafiliśmy do miasteczka Manduria. Kto zna i lubi Primitivo, ten być może słyszał o Primitivo di Manduria. To wyjątkowa apelacja, której historia sięga 1932 r. Obecnie zrzesza 400 winiarzy i liczy 1000 ha winnic, a wszystkie wina z tego regionu mają oznaczenie DOC, czyli taka wyższa kategoria jakościowa – przepisy ściśle określają obszar, dozwolone szczepy, metody uprawy i wymagania dotyczące dojrzewania wina.
To dość szalone, że już wysiadając z pociągu w powietrzu czuć wino!! Tuż obok stacji, znajduje się Produttori di Manduria – wielka przetwórnia wina i Museo della Civiltà del Vino Primitivo.

Muzeum jest otwarte cały rok, odbywają się tu różne wydarzenia: spotkania, degustacje, konferencje, koncerty i dużo spotkań kulturalnych. W sezonie wiosna-jesień, gdy winnice kwitną i owocują, warto się umówić z wyprzedzeniem, bo pracy tu mają co niemiara. My przyjechaliśmy tu w grudniu – bez planu, zupełnie spontanicznie i kompletnie nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Zaskoczenie było wielkie, a doświadczenie fantastyczne! Już na zewnątrz widok robi ogromne wrażenie. Olbrzymie tanki po brzegi wypełnione winem, tysiące butelek przygotowanych do rozlania, ciężarówki oczekujące w kolejce na załadunek. W środku kolejka ludzi z własnymi butelkami i kanistrami, tankująca różne rodzaje wina niczym paliwo. Mimo, że byliśmy tylko we trójkę, obsługa była tak miła, że dostaliśmy prywatne oprowadzanie. A to muzeum to nie lada gratka – mieści się pod ziemią, w starych kadziach po winie wykutych w skale. Jest ich 30 – kiedyś były to szczelne zbiorniki, w których fermentowało wino. Wtłaczano je przez jedyny otwór – ten w suficie i wypełniano trunkiem aż po brzegi. Do dziś ściany są naturalnie winne. Raz w roku, po opróżnieniu zbiorników ludzie schodzili żeby je wyczyścić. Stężenie CO2 było wtedy tak duże, że nie rzadko w tych kadziach umierali. Obecnie są one połączone ze sobą i przerobione na pomieszczenia muzealne. Ale to muzeum to nie tylko opowieść o winie. Znajduje się tu ogromny kawał historii całego regionu. Jest mnóstwo eksponatów, które dostarczają bardzo cennych informacji na temat społeczności, gospodarki, rolnictwa i życia codziennego na tym obszarze. A z każdym z nich wiąże się jakaś ciekawa historia.


Opiszę jedną – starych kamfor. Oczywiście wlewano do nich wino, ale ponieważ pokrywy nie były szczelne, to wino szybko się utleniało i przez to kwaśniało. Żeby zapobiec oksydacji, na wierzch wina wlewano oliwę z oliwek. Ponieważ oba płyny miały inną gęstość to nie mieszały się ze sobą. Oliwa stanowiła naturalną barierę między winem, a powietrzem i dzięki temu wino się nie psuło. Na dole dzbana był kranik, przez który spuszczano wino. A ostatnie ilości, te które były bezpośrednio na styku z oliwą, używano do przyrządzania potraw. Nic się nie marnowało. Wszystko smakowało!

Z innych ciekawych informacji – do lat 70. XX wieku bardzo dużo wina z tego regionu skupywali Francuzi. Jeśli mieli gorszy rok i ich słynne bordowskie trunki nie był aż tak udane, kupażowali je z włoskim Primitivo – żeby podbić smak i uratować swoje wina. Oczywiście nigdy nie wspominali o tym na etykiecie.
Naszą przewodniczką po muzeum była Katia. Fantastyczna kobieta, która uwielbia opowiadać o winie. Po zwiedzaniu poszliśmy na degustację. Spróbowaliśmy 6 win ze szczepu Primitivo. Ich nazwy nawiązują do muzyki. Bo wino i muzyka zawsze idą w parze – można się nimi delektować i są ucztą dla zmysłów. Każde wino było inne, wszystkie doskonałe.

Aka – lekkie, różowe. Idealne na letnie upały.
Lirica – młode, rześkie, rubinowo-czerwone z odcieniami granatu. Na niezobowiązujące spotkania w gronie przyjaciół.
Memoria – 6 miesięcy w beczce, rubinowe z fioletowymi refleksami. Świetne do jedzenia.
Elegia – 12 miesięcy w beczce, intensywna rubinowa czerwień. Eleganckie, z mocną nutą owocową – jeżyny, suszone śliwki, konfitura malinowa, gałka muszkatołowa, wanilia, prażone migdały… Doskonałe!
Sonetto – 24 miesiące w beczce, głęboka rubinowa czerwień. Dojrzałe, intensywne, jeżyny, śliwki, figi, pieprz, skórka pomarańczowe, dym połączony z nutami tytoniu i skóry. Wielkie wino. Otula jak kocyk.
Madrigale – słodkie, jako jedyne może używać oznaczenia DOCG (najwyższa kategoria winiarska).
W fabryce dostępnych jest jeszcze sporo innych win, zarówno białych jak i czerwonych, jednym z nich jest Electric Bee – to Primitivo nowoczesne, skierowane do młodego pokolenia, lżejsze – żeby ci, którzy zaczynają swoją przygodę z winem, nie przestraszyli się mocy tego tradycyjnego. Bardzo podobał mi się jego opis: sugerowane połączenie: Twoje ulubione jedzenie!


Ogromnie żałuję, że z racji braku nadawanego bagażu nie mogliśmy tych win przywieźć do Polski. Ale Elegię i Sonetto kupiliśmy sobie na wieczór, żeby jeszcze raz, długo i bez pośpiechu nacieszyć się ich smakiem.

To była wspaniała przygoda. Jeśli kiedyś traficie do Apulii, to jest to miejsce, które absolutnie warto odwiedzić.
Na koniec cytat ze strony Produttori di Manduria (w luźnym tłumaczeniu):
Uchylę Wam rąbka tajemnicy – tam na południu jest wino ponadczasowe: wytworne jak dżentelmen z innej epoki, wytrawne i pachnące, słodkie i gorzkie jednocześnie – sprzeczne jak namiętność. Ma aksamitne ciało, pachnące tysiącem owoców i lukrecją. Jest tak gęste, że pozostawia na krawędzi kieliszka szkarłatny ślad – niczym odcisk pocałunku. Nazywają je Primitivo. Zakocha się w nim każdy, kto go spróbuje i nigdy kochać nie przestanie.

